Minęło kilka dni od sensacyjnego rozstrzygnięcia finałów Pucharu Polski w Krynicy, które przyniosły nam tak wiele niespodziewanej i... w pełni zasłużonej radości. Nie możemy zatem po raz kolejny odmówić sobie przyjemności przepytania na okoliczność sukcesu oraz jego kulis trenera Rafała Bernackiego. Emocje jeszcze ''trzymają'', ale zarazem pojawił się niezbędny dystans. Zapraszamy do lektury!
UWAGA! Uprzejmie prosimy zaprzyjaźnione Media wykorzystujące niniejszy autoryzowany wywiad w swoich publikacjach prasowych o wyraźne wskazanie źródła rozmowy - oficjalnej strony JKH GKS Jastrzębie (jkh.pl).
Fot. Michał Chwieduk - Polski Hokej.
Szczerze mówiąc, nie planowałem naszego kolejnego wywiadu właśnie teraz. Już ten listopadowy był ''dodatkowy'', ponieważ awansowaliśmy do turnieju o Puchar Polski.
Rafał Bernacki - Również będę szczery - nie spodziewałem się, że spotkamy się na rozmowie na początku stycznia z Pucharem Polski w kieszeni.
Jak przeżyliście świętowanie tej sensacji?
Było wesoło, hucznie i z przytupem. Dla nas wszystkich był to tak niespodziewany sukces, że nie mogliśmy odmówić sobie przyjemności godnego poświętowania. Zaliczyliśmy taki... ''Sylwester przed Sylwestrem'' (śmiech). Fantastyczne emocje w Krynicy, a następnie szczęśliwy powrót do Jastrzębia-Zdroju, gdzie pod Halą Widowiskowo-Sportową przed szóstą rano czekali na nas kibice. Wspaniałe wspomnienia na całe lata.
Gdzie ten Puchar Polski będzie stał?
Na razie jest w... naszej szatni w Karwinie, a zatem poza granicami Polski. Mam nadzieję, że jeszcze chwilę nam potowarzyszy, abyśmy mogli się nim nacieszyć. Potem zapewne trafi do biura naszego klubu.
A jak wyglądało pana osobiste świętowanie? Pamiętam, że Robert Kalaber po mistrzostwie Polski zostawił was bawiących się w swoim gronie, a sam z jednym symbolicznym piwkiem oglądał w środku nocy powtórkę meczu finałowego.
Ten sukces jest tak zaskakujący, że nie było głowy do wymyślania ''specjalnego świętowania''. Po prostu, w drodze powrotnej wraz z Markiem Chrabańskim i Leszkiem Laszkiewiczem oraz resztą ekipy wznieśliśmy kilka toastów szampanem. Tak naprawdę skala naszego sukcesu dopiero do nas dociera. Nikt nie stawiał na Jastrzębie, a i wśród nas nie było aż takich optymistów. Inna sprawa, że mieliśmy za sobą kilka naprawdę wyczerpujących dni, a w perspektywie szybki powrót do walki w ekstralidze, a zatem czas i ''dyspozycję'' na dodatkowe sylwestrowe świętowanie musieliśmy sobie ''dawkować''.
Zgodzi się pan, że Puchar Polski 2025 to nasze najpiękniejsze trofeum? Wiadomo, że wyżej cenimy choćby potrójną koronę sprzed niemal pięciu lat, ale... nawet w 2018 roku sam nasz udział w turnieju o Puchar Polski nie był taką niespodzianką. Nie tylko, że mieliśmy już za sobą dwa lata zgrywania młodego zespołu, to na dodatek sama ekstraliga prezentowała niższy poziom niż dziś.
Na pewno ten sukces najbardziej... smakuje, ponieważ był najmniej oczekiwany. Graliśmy bez jakiejkolwiek presji. My mogliśmy, a oni musieli. To był nasz klucz do trofeum. Nie jest jednak tak, że pojechaliśmy do Krynicy bez jakiejkolwiek nadziei. Kibice powinni wiedzieć, że mieliśmy swoje powody, aby dodatkowo ''spiąć pośladki''. Mało kto wie, z jakimi problemami borykamy się na co dzień. Sam fakt, że nie mamy do dyspozycji własnego lodowiska, to wystarczający kłopot.
Karwina jest oczywiście bardzo gościnna, ale nie jest to Jastor.
Dokładnie tak. W Jastrzębiu bywało tak, że niektórzy dosłownie ''ubrali kapcie'' i byli na treningu, a tu na każde zajęcia trzeba dojechać kilkanaście kilometrów. Gdy wracamy z wyjazdowego meczu, to meldujemy się najpierw ze sprzętem w Karwinie, a dopiero potem rozjeżdżamy do domów. Sporo czasu ucieka nam na takie podstawowe rzeczy, którymi inne zespoły nie zaprzątają sobie głów. Przywykliśmy jednak do tego, a codzienne trudności dodatkowo nas zahartowały. Takim pierwszym sygnałem, że potrafimy zmobilizować się przeciw faworytowi, był mecz o Superpuchar Polski. Mieliśmy wtedy za sobą trudniejszy moment, nawał spotkań i niektórzy sądzili, że GKS Tychy zmiecie nas z tafli. Tymczasem przegraliśmy dopiero po dogrywce. Dlatego z tyłu głowy miałem taką świadomość, że możemy coś ugrać w Krynicy. Nie pomyślałbym jednak, że wrócimy z Pucharem Polski.
A zatem kiedy uwierzył pan, że ten Puchar Polski będzie naszym udziałem? Po trzeciej bramce w finale? A może... już po pokonaniu Unii Oświęcim w półfinale?
Nie będę ukrywał, że bardzo obawiałem się spotkania z Unią. Kiedy jednak pokonaliśmy jednego z głównych pretendentów do sukcesu, pojawiła się taka ''iskierka'', że... w sumie czemu nie moglibyśmy pójść za ciosem? Miałem jednak świadomość, że Zagłębie Sosnowiec odpoczywało o dobę dłużej. O naszą mobilizację byłem spokojny, jednak pewnych spraw związanych z wytrzymałością nie można przeskoczyć samym charakterem. Faktem jest jednak, że prawie do samego końca nie byłem pewien sukcesu i w zasadzie dopiero po trafieniu na 4:1 pozwoliłem sobie na oddech. Pamiętam nawet, że po golu Fredrika Forsberga na 3:1 krzyczałem do chłopaków, że jeszcze nie wygraliśmy. W hokeju nawet w ciągu kilkunastu sekund można przecież stracić dwa gole.
Wspomniał pan o obawach przed meczem z Unią. Dość przypadkowo na początku listopada miałem okazję zapytać trenera Roberta Kalabera o półfinał z JKH GKS Jastrzębie. Powiedział mi wtedy, że ''bardzo nie chciał'' grać z naszym zespołem. Miałem wrażenie, że nie jest to kurtuazja. I tak myślę po czasie, że Robert Kalaber już wtedy dostrzegł, co ''zmajstrował'' w Jastrzębiu jego dawny kolega...
Ja tam nic wielkiego nie ''zmajstrowałem'' (śmiech). Wielokrotnie już mówiłem, że w ciągu jedenastu lat pracy z Robertem nauczyłem się od niego bardzo wiele. Wiemy przy tym doskonale, iż rywale generalnie nie lubią z nami grać. Nigdy nie dysponowaliśmy drużyną gwiazd i musieliśmy opierać się na solidnej grze w destrukcji i żelaznej dyscyplinie taktycznej. Potrafimy być bardzo niewygodni. Sądzę, że Robert Kalaber właśnie dlatego ''nie cieszył się'' z meczu z nami.
Jak widać, słusznie. Rozumiem jednak, że ''kwasów'' nie ma?
Ależ skąd, to jest sport. Po meczu podaliśmy sobie ręce i zamieniliśmy dwa zdania. Pogratulował nam awansu i życzył powodzenia w finale. Po finale rozmawialiśmy też telefonicznie, składając sobie koleżeńskie życzenia na 2026 rok. Robert powinszował nam również sukcesu w całym turnieju. Za długo razem pracowaliśmy, aby teraz udawać, że się nie znamy. Co na lodzie, to zostaje na lodzie.
Jaki był najtrudniejszy moment całego tego turnieju?
Myślę, że była to pamiętna sytuacja z półfinału z Unią Oświęcim, gdy nie wykorzystaliśmy przewagi pięciu na trzech, a potem sami sprokurowaliśmy sobie osłabienie. To było kilka bardzo trudnych minut, które mogły odwrócić losy awansu. Mogliśmy mieć Unię ''na tapecie'', a tymczasem sami ''podaliśmy jej tlen''. Na szczęście rywale nie wykorzystali tej sytuacji.
A najpiękniejszy moment?
Puchar Polski w rękach naszego kapitana i szczere łzy szczęścia niektórych naszych zawodników. Naprawdę, więcej mi nie trzeba. Jestem z nich ogromnie dumny.
Powspominajmy trochę czas przed Pucharem Polski. Szykowaliście się jakoś specjalnie pod kątem turnieju w Krynicy?
Nie było czasu na to, aby szczegółowo pracować ''pod'' Puchar Polski. Jeszcze przed świętami mieliśmy przecież mecze ligowe. Po spotkaniu z GKS Tychy zrobiliśmy odprawę i zajęciami z 22-23 grudnia ''wyrzuciliśmy'' ligę z głów. Potem dałem chłopakom dwa dni wolnego. Wszelkie przygotowania szły jednak swoim rytmem, między taflą a siłownią. W zasadzie jedynym dodatkowym aspektem było wspomnienie, że ''panowie, mamy trzy dni do Pucharu''. Graliśmy bez presji, ale pewnego stopnia adrenaliny nie da się pozbyć. Wiedzieliśmy, że gramy dla klubu, dla kibiców i dla miasta. Każdy z zawodników rozumiał też, iż walczy dla siebie. W końcu nie zdobyliśmy awansu do Pucharu Polski tylko po to, żeby ''wziąć w nim udział''.
Wielokrotnie wspominał pan też o roli ''sportowego szczęścia'', któremu trzeba umieć dopomóc. A może jeśli to ''szczęście'' pojawia się dość regularnie, to to już nie jest ''szczęście'', a efekt odpowiedniego przygotowania? Może jesteśmy za skromni? Być może jest tak, że odpowiedni ludzie w odpowiednim miejscu, którzy potrafią ciężko pracować, dają sobie radę z codziennymi problemami i ciągną wózek w tę samą stronę to... właśnie jest to mityczne ''szczęście''?
Mówiłem już ostatnio, że zebraliśmy naprawdę świetną ekipę. I mogę powtórzyć to po raz kolejny. Mamy dwudziestu siedmiu zawodników i żadnych ''kwasów'' w szatni. Wszyscy wiedzą, co mają robić i nikt nikomu nie robi ''pod górę''. Nie mamy problemów z zaangażowaniem podczas treningów oraz z dyscypliną w szatni. A przecież mamy chłopaków, którzy w tym sezonie zadebiutowali dopiero w ekstralidze. Inni z kolei rozegrali w ciągu dwóch rund więcej minut na lodzie, aniżeli w ostatnich kilku latach razem wziętych. Młodzież może liczyć na wsparcie paru mądrych facetów z doświadczeniem. Mamy też tę naszą pierwszą formację obcokrajowców, która potrafi ''zrobić różnicę'' i dokładnie ukazuje, jaką rolę w polskiej lidze powinni pełnić tego typu gracze. No i mamy Karolusa Kaarlehto, o którym można wypowiadać się w samych superlatywach. Od Karolusa po tego dwudziestego siódmego chłopaka wszyscy robią to, co do nich należy. Bardzo dziękuję wszystkim chłopakom za to, co zrobili. Uczynili coś naprawdę wspaniałego i zapisali się złotymi literami w historii naszego klubu. Jestem pewien, że te piękne chwile z Krynicy zostaną z nami na zawsze.
Widzieliśmy tę wspólną robotę zarówno w półfinale, jak i finale. Oficjalnie wszyscy narzekają na bójki na tafli, ale jak przyjdzie co do czego, to stanowią one główny element powtórek. Przyznam, że jak od lat oglądam hokej, to nie widziałem jeszcze sytuacji, w której na ławkę kar wędrują dwie pełne piątki. Tego nie było nawet dziesięć lat temu z Podhalem, gdzie potężną bijatykę stoczyły dosłownie całe obie drużyny, a nie tylko jedne formacje.
Rzeczywiście, ja również nie przypominam sobie takiej sytuacji (śmiech). Ale to tylko świadczy o charakterze naszych chłopaków. Tłoczymy im do głów, że hasło ''jeden za wszystkich, wszyscy za jednego'' to naprawdę podstawa hokeja, który jest dyscypliną zespołową. Ponadto jest to sport kontaktowy i dlatego od czasu do czasu takie rzeczy mają miejsce.
Nie miał pan pretensji do chłopaków, że nie utrzymali nerwów na wodzy?
Oj tam, to były tylko krótkie ''prztyczki'' będące stałym elementem hokeja. Sam przecież przez lata byłem zawodnikiem i wiem, jak to wygląda.
Wspominając o karach, to nie możemy nie porozmawiać o kapitanie. Na szczęście Maciej Urbanowicz był z nami w Krynicy, ale gdyby kary z ekstraligi ''przechodziły'' na Puchar Polski, to mielibyśmy problem. Zapytam wprost - czy bez ''Urbana'', dowódcy tej naszej ''Parszywej Dwunastki'' zdobylibyśmy to trofeum?
Nie znajdzie pan człowieka, który byłby w stanie odpowiedzieć na to pytanie. Na pewno jednak byłoby nam bardzo ciężko bez kapitana z takim charakterem, który jest charyzmatycznym wzorem do naśladowania dla młodych zawodników. ''Urbi'' jest ikoną jastrzębskiego hokeja, choć nie jest naszym wychowankiem. Jego mentalność to wartość dodana nie do przecenienia.
Nie mogę nie zapytać też indywidualnie o Fredrika Forsberga, który ostatnio więcej nie gra niż gra. Jeśli jednak jest na lodzie, to wyczynia cuda. Absencje wynikają z urazów, ale czy nie jest tak, że oszczędza pan go trochę na największe wyzwania?
Nie. Problem zdrowotny u Fredrika to niestety dłuższa historia. Jego kontuzja to też nasz ogromny problem. Chciałbym w tym miejscu podziękować naszej fizjoterapeutce Paulinie Szaweł, która na co dzień wykonywała kawał znakomitej roboty, stawiając Forsberga ''na nogi''. Chcielibyśmy też podziękować też Centrum Rehabilitacji Bartmed za okazaną pomoc w tym aspekcie. Jednak specjalne słowa uznania należą się samemu zawodnikowi, który wykazywał ogromną chęć występu w finale Pucharu Polski. Nie wymagaliśmy od niego tej decyzji, ale Szwed mimo ryzyka nalegał, że chce grać. Jak już mówiłem, mamy niesamowitą ekipę fajnych zawodników.
Kiedyś rozmawialiśmy o tym, że z dobrym zespołem jest jak z ''fortepianem''. Kilku gra, a reszta go nosi i nie może obrażać się na swoją rolę. U nas to działa znakomicie. Gracie już kompletnie bez presji i wykonaliście plan znacznie ponad normę. Nie musicie nic nikomu udowadniać. Na podobnej fali pięć lat temu po Pucharze Polski udało się przełamać klątwę ćwierćfinałów, a rok później zdobyć ''potrójną koronę''. Na co zatem jeszcze stać nasz ''fortepian'' w tym sezonie?
Powiem szczerze i proszę o zrozumienie - nie chciałbym teraz odpowiadać na to pytanie. Play-off rozpocznie się za niemal dwa miesiące, a my jeszcze nie zdążyliśmy nacieszyć się Pucharem Polski. Dajmy sobie czas na ''życie chwilą'', bo naprawdę osiągnęliśmy tyle ogromny, ile niespodziewany sukces. Nie chciałbym już teraz obarczać chłopaków presją play-offów...
O żadnej presji nie może być już mowy...
To też nie jest tak, że 30 grudnia 2025 roku zakończyliśmy sezon, a teraz możemy położyć się do góry brzuchami i ''spijać śmietankę'' z naszego osiągnięcia w Krynicy. Wiem, że nie musimy już nic nikomu udowadniać, ale też na Pucharze Polski ''robota się nie kończy''. Na razie świętujemy ten sukces, ale nie mamy zamiaru rezygnować z dalszej walki. Wręcz przeciwnie.
Na koniec będzie pytanie natury osobistej. Zaczął pan ''przygodę'' z funkcją pierwszego trenera z ''bardzo wysokiego C''. Kibic jest taki, że nie dogodzi mu się jednym sukcesem i będzie oczekiwał kolejnego. Krótko mówiąc - czekamy na następne cuda trenera Rafała Bernackiego.
Wiadomo, że łatwiej jest coś zdobyć, niż to utrzymać. Mam świadomość, że zdobyliśmy coś wielkiego, ale nie kategoryzowałbym tego jako ''cudu''. Natomiast bynajmniej nie jest tak, że to jest tylko mój sukces, ponieważ kwestia ''fajnej ekipy'' rozciąga się również na cały nasz sztab. To jest efekt ciężkiej pracy Leszka Laszkiewicza, Marka Chrabańskiego, Petra Bolka, Pauliny Szaweł, Piotra Morawskiego, Remigiusza Masztakowskiego i Andrzeja Józefowicza. Tworzymy kolektyw w szatni i w boksie. Każdy dołożył swoją ''cegiełkę'', a wspólne problemy tylko wzmacniają nasz team.
Jednak to pan jest ''twarzą'' całego naszego sztabu. Stworzył pan określony kolektyw i nie wpadł sidła ''młodych trenerów'', którzy sięgając po funkcję pierwszego szkoleniowca z marszu próbują wszystko ustawiać pod siebie, żeby pokazać, kto tu rządzi.
Tak nie można działać na dłuższą metę. Wszyscy jedziemy na ''tym samym wózku''. Wiem jednak, że nie zawsze będzie różowo i przyjdą trudniejsze momenty. Liczę, że wtedy kibice będą dla nas równie wyrozumiali, jak obecnie (śmiech).
Czyli Rafałowi Bernackiemu nie grozi ''sodówka''?
Za długo jestem w tym sporcie. Zawsze staram się mocno stąpać po ziemi. Jak trzyma się głowę w chmurach, to można ją stracić, a tego bym sobie nie życzył. Korzystając z okazji chciałbym też życzyć naszym kibicom szczęśliwego Nowego Roku z nadzieją, żeby zawsze byli z nas tak dumni, jak te kilka dni temu.
Rozm. mg

Komentarze 0
Zostaw Komentarz