Zgodnie z obietnicą zapraszamy do lektury wywiadu z trenerem Rafałem Bernackim! W długiej rozmowie szkoleniowiec JKH GKS Jastrzębie wspomina ubiegły sezon, ale również dzieli się spostrzeżeniami odnośnie sytuacji bieżącej i budowy nowej drużyny, która we wrześniu rozpocznie walkę o ekstraligowe punkty. ''Muszę twardo stąpać po ziemi'' - podkreśla Rafał Bernacki, mówiąc o marzeniach na sezon 2026/27.
Ile ofert z innych klubów odrzucił pan w ostatnim czasie?
Rafał Bernacki - Mam ważny kontrakt z JKH GKS Jastrzębie i nie mam najmniejszego zamiaru zmieniać miejsca pracy. Nie otrzymałem żadnych ofert i nawet nie rozważałem możliwości odejścia. Zostaję w Jastrzębiu.
Przejdźmy zatem do podsumowania minionego sezonu. Czy rzeczywistość przerosła najśmielsze oczekiwania z sierpnia ubiegłego roku?
Jestem przekonany, że nie tylko moje oczekiwania! Myślę, iż pod tymi słowami podpiszą się moi koledzy ze sztabu szkoleniowego, czyli Marek Chrabański i Leszek Laszkiewicz, ale również zarząd, zawodnicy i kibice. Nie będzie przesady w opinii, że wszyscy możemy być bardzo pozytywnie zaskoczeni. Po raz ''enty'' moglibyśmy przecież przypominać o naszych problemach i trudnościach związanych z organizacją spotkań ligowych poza miastem. Tymczasem zrobiliśmy wszyscy coś wspaniałego.
O Pucharze Polski już rozmawialiśmy, a zatem nie będziemy do niego wracać. Chciałbym jednak zapytać o fazę play-off. Z perspektywy czasu możemy chyba docenić to jedno zwycięstwo nad GKS Tychy, które było zarazem jedyną porażką późniejszego mistrza w całej walce o medale. A czy mogliśmy ugrać więcej?
Myślę, że dałoby się uszczknąć nieco więcej, chociażby w jednym ze spotkań w Karwinie, gdzie w końcówce wyrównanego pojedynku nie udało nam się wykorzystać przewagi. Sądzę, iż bylibyśmy w stanie być może dłużej powalczyć o półfinał. Przyznam jednak, że po fazie zasadniczej obawialiśmy się najbardziej właśnie tyszan i ''nie marzyliśmy'' o tym, aby nas wybrali. Stało się jednak inaczej. W mojej opinii, biorąc pod uwagę cały przebieg fazy play-off, nie musimy się wstydzić naszej postawy. Zrobiliśmy wszystko, co w naszej mocy, aby napsuć krwi faworytowi. Być może gdyby wybrał nas inny konkurent, to udałoby się nam nieco przedłużyć sezon.
A czy teraz, z perspektywy czasu, może pan pozwolić sobie na szczerość i odsłonić nieco kulisy tych kilku tygodni po Pucharze Polski? Mówiąc wprost, czy po takim sukcesie nie było trudno o dodatkową mobilizację?
Nasz triumf w Pucharze Polski był rzecz jasna ogromną sensacją. Nikt na nas nie liczył, a zatem nie mogło być tu mowy o jakimkolwiek ciśnieniu czy parciu na sukces. Z drugiej jednak strony, na pewno po wygranej w Krynicy odetchnęliśmy z ulgą, że ten sezon mimo trudności nie będzie dla nas stracony. Przyznam zarazem, iż po Nowym Roku wyniki w lidze nie były najlepsze i rzeczywiście pojawił się moment pewnego rozprężenia. Musieliśmy jako sztab zrobić zawodnikom kilka dodatkowych odpraw i powiedzieć parę mocniejszych słów. Trzeba było zareagować, ale z czasem wszystko wróciło na właściwe tory. W moim przekonaniu nie działo się jednak nic wyjątkowego, bowiem po tak niespodziewanym sukcesie musiał pojawić się moment oddechu.
Czy w trakcie sezonu 2025/26 pojawiły się takie chwile, w których Rafał Bernacki czuł się zaskoczony sytuacją? Czy też wieloletnie doświadczenie drugiego trenera wystarczyło na trudniejsze momenty?
Takich takich momentów było co najmniej kilkanaście. Najtrudniejszy był początek rozgrywek, ale z czasem wpadłem w odpowiedni rytm pracy. To jednak naturalne, że w nowej roli pojawiają się nowe obowiązki i wyzwania. Faktem jest, iż jako drugi trener pracowałem w tym zawodzie przez dłuższy czas, ale to ''jedynka'' podejmuje najważniejsze decyzje i bierze za nie pełną odpowiedzialność.
A czy pojawiły się problemy z komunikacją z tymi zawodnikami, którzy znają pana od wielu lat? W sporcie miały przecież miejsce takie sytuacje, w których dawni koledzy z boiska nie potrafili dojść do porozumienia, gdy jeden z nich zostawał trenerem. Był pan wprawdzie członkiem sztabu szkoleniowego, jednak dystans między drużyną a pierwszym trenerem jest większy.
Mogę jedynie powiedzieć pół-żartem, że nie rozumiem pytania. U nas takie kłopoty nigdy nie miały miejsca. Mamy przecież w zespole chłopaków, z którymi kiedyś dzieliłem taflę. Nie było jednak najmniejszych problemów z ''przejściem'' ze stopy znajomości prywatnej na ścieżkę zawodową, wypełnianiem poleceń czy podważania naszych decyzji jako sztabu szkoleniowego.
Przejdźmy teraz do kwestii ''Braci B'', czyli braci Bernackich w jastrzębskim hokeju. Czy przydał się pan bratu w finałach Mistrzostw Polski Juniorów?
O to trzeba pytać Mariusza, ponieważ to on był szefem całego tego przedsięwzięcia. Mój starszy brat od początku prowadził tych chłopaków, a warto wiedzieć, iż nasi juniorzy borykali się z jeszcze większymi problemami niż pierwsza drużyna. Nie dysponowali wszak stałą bazą, tak jak my w Karwinie. Przed turniejem mistrzowskim Mariusz zapytał mnie i Marka Chrabańskiego, czy nie chcielibyśmy pomóc. Nie zastanawialiśmy się nawet dwóch sekund tym bardziej, że przecież byliśmy już po meczach z GKS Tychy. Można powiedzieć, iż płynnie ''przeszliśmy do juniorów'', no i stało się jak się stało - zdobyliśmy najważniejsze młodzieżowe mistrzostwo po 19 latach! Ogromny szacunek dla chłopaków za ten sukces i gratulacje dla brata. Podziękowania kieruję też do wszystkich osób i instytucji, które przyczyniły się do tego osiągnięcia. W tym także Zespołu Szkół Mistrzostwa Sportowego w Jastrzębiu-Zdroju, gdzie kilkunastu naszych mistrzów mogło skutecznie łączyć naukę ze sportem.
Tytułem uzupełnienia poproszę o kilka słów o was. To niecodzienna sytuacja, w której bracia są trenerami seniorów ekstraligowego klubu oraz jego najstarszych juniorów. Wspominał pan na łamach naszej jubileuszowej książki, iż do hokeja trafił właśnie śladem starszego o pięć lat Mariusza. Jak układały się wasze hokejowe relacje?
To jest dość ciekawa sprawa, ponieważ my w istocie... nie mieliśmy ze sobą styczności na lodzie. Gdy ja zaczynałem przygodę z hokejem w pierwszej czy drugiej klasie szkoły podstawowej, brat kończył ten poziom nauczania i poszedł do SMS Sosnowiec. Trafił tam zresztą wraz z Danielem i Leszkiem Laszkiewiczami. Gdy z kolei Mariusz wrócił ze Sosnowca, ja wyjechałem do Gdańska. Następnie gdy trafiłem do pierwszej drużyny naszego klubu, brat pracował w pionie administracyjnym i szkolił młodzież. Nie przypominam sobie zatem sytuacji, abyśmy mieli kiedykolwiek okoliczność nie tylko wspólnej gry, ale nawet treningu. Oczywiście dopingowaliśmy się nawzajem, jednak w jednej drużynie spotkaliśmy się w zasadzie dopiero w ostatnim czasie. Rok temu byliśmy wspólnie w boksie przy okazji play-off I Ligi z Sabers Oświęcim, a teraz wspomagałem brata podczas finałów Mistrzostw Polski Juniorów.
Na koniec podsumowania ubiegłego sezonu chciałbym jeszcze zapytać o Roberta Kalabera, któremu niestety nie udała się przygoda z Unią Oświęcim. Czy mieliście okazję porozmawiać o bieżących sprawach i czy wiadomo, co dalej z najbardziej utytułowanym szkoleniowcem w historii jastrzębskiego hokeja?
Oczywiście, że mieliśmy okazję wielokrotnie rozmawiać. Robert gratulował nam sukcesów w Pucharze Polski oraz generalnie udanego sezonu. Nie można ukrywać, że zostawił on w Jastrzębiu kawał serducha i choćby z tego powodu interesował się naszymi poczynaniami. Co do jego przyszłości, to nie chciałbym wypowiadać się na ten temat. Wiem jedno - nie wyobrażam sobie Roberta Kalabera poza hokejem.
Czas na sytuację bieżącą. Zacznijmy od kilku dobrych słów od sztabu szkoleniowego w kierunku zarządu naszego klubu. Wygląda na to, że JKH GKS Jastrzębie zostanie flagowym klubem miasta. To rezultat rozważnej polityki prowadzonej przez prezesów. Wiele wskazuje na to, że i obecne finansowe sztormy uda się nam przetrwać.
Mam ogromną nadzieję, że tak się stanie. Wszyscy wiemy, jak trudna jest obecnie sytuacja w Jastrzębiu-Zdroju. Wiadomo również, na jakim pracodawcy ''opiera się'' całe miasto, nie wyłączając sportu. W środowisku polskiego hokeja panuje słuszna opinia o mądrym zarządzaniu w JKH GKS Jastrzębie. Efekt jest taki, że mimo kłopotów naszego głównego sponsora działamy dalej, nie mamy długów, a wszelkie wypłaty trafiają na konta zawodników bez zwłoki. Oczywistym jest, że niższy budżet przekłada się na szeroko pojętą jakość kadry, ale nauczyliśmy się już działać w takich warunkach i ciężką pracą nadrabiać dystans do faworytów.
A zatem jak bardzo cieszy pana pozostanie w drużynie Aku Alho i Petera Bezuski?
Nie będę ukrywał ogromnej radości z faktu, że Aku i ''Beza'' postanowili nadal grać w JKH GKS Jastrzębie. Są to chłopcy solidni, pracowici i charakterni. Już na pierwszych spotkaniach po ubiegłym sezonie stworzyliśmy wraz z Markiem i Leszkiem listę zawodników, których chcielibyśmy zatrzymać w zespole. Obaj wymienieni panowie znajdowali się w pierwszej piątce. Mimo braku komfortu w postaci własnego lodowiska oraz wiadomych kłopotów organizacyjnych Aku i ''Beza'' przystali na warunki zaproponowane przez nasz klub. Zostają także z nami Marek Charvat czy Jakub Adamek, dzięki czemu cała nasza linia obrony pozostała bez zmian.
Jak długo z decyzją o pozostaniu w naszym klubie wahał się kapitan drużyny?
Według mojej wiedzy Maciej Urbanowicz nie wahał się nawet przez moment. W ogóle nie było tematu jego odejścia i dlatego wiedzieliśmy, że trzeba się dogadać. Doświadczenie Macieja Urbanowicza to ogromny kapitał dla naszego zespołu. Młodzi zawodnicy mają przed oczami wybitny przykład pracowitości i odpowiedniego podejścia do pracy w sporcie zawodowym. Nie muszą szukać wzorca w telewizji czy internecie, ponieważ mają go na co dzień w szatni i na treningu. Wiadomo, że metryki nie da się zmienić, jednak dzięki niezłomnemu charakterowi ''Urbi'' wymyka się wszelkim tego typu klasyfikacjom. To człowiek nie do zdarcia.
Nie wypominając rocznika, Maciej Urbanowicz jest tylko o pięć lat młodszy od pana. Krótko mówiąc, był pan w jego wieku, gdy zdobywaliśmy potrójną koronę. Nie czuje pan czasami nutki zazdrości, że sam mógł nieco przedłużyć swoją przygodę z taflą?
Nie (śmiech). Poza tym - to nie zazdrość, ale szczery podziw! ''Urbi'' zjadł zęby na hokeju, pracując na najwyższym poziomie przez prawie dwadzieścia lat. Zmagał się z kontuzjami i wychodził z tej walki zwycięsko. Nigdy nie odpuszcza. To człowiek, który przerzucił dosłownie tony ciężarów i przebiegł setki kilometrów na treningach, a mimo to wciąż mentalnie jest - mówiąc po sportowemu - głodny rywalizacji.
Podobnie jest z naszymi ''Braćmi N.''. Łukasz i Radosław jeszcze parę lat temu nosili się z zamiarem odejścia z JKH GKS, a tymczasem od dwóch sezonów na powrót są czołowymi postaciami zespołu. Upomniał się o nich nawet selekcjoner Pekka Tirkkonen.
Myślę, że to jest bardzo dobre pytanie do naszych braci. Rzeczywiście, mniej więcej dwa lata temu obaj powrócili na swój wysoki poziom. Nie chciałbym jednak kusić się na filozoficzne odpowiedzi, z czego wynikała ta odmiana. Być może najprostszą jest ta, że... taki jest sport. Raz jesteś na topie, a potem masz dołek. Takie rzeczy mają miejsce zarówno w trakcie jednego sezonu, jak i na przestrzeni całej sportowej kariery. Nie ma na świecie sportowca, który byłby bez przerwy w swojej najwyższej dyspozycji.
To może inaczej - czy w tej sytuacji ważniejszy był ''mental'', czy też czysta fizyka?
W mojej opinii 70% sukcesu tkwi w sferze mentalnej. Odpowiednie przygotowanie psychiczne to podstawa. Jeśli ''w głowie'' wszystko jest w porządku, to będzie ''grało'' również na tafli i w szatni. Oczywiście niezwykle ważne jest przygotowanie fizyczne oraz indywidualne umiejętności, ale jeśli strona mentalna zawodzi, to z innych elementów nie da się wycisnąć 100%.
Drużyna z sezonu 2025/26 to już przeszłość. Jak będzie pan wspominał tę ekipę? Czy to będzie sentyment, niczym do... pierwszej miłości?
Ciekawe porównanie. Na pewno nie zapomnę o tych chłopakach do końca życia. W moim debiutanckim sezonie sprawiliśmy dużą sensację i wykonaliśmy kawał dobrej roboty. Przy tej okazji jeszcze raz dziękuję im za wszystko, choć robiłem to już co najmniej kilkanaście razy. Wiadomo, że praca moja, Marka i Leszka jest ważna, jednak to oni są wykonawcami tej roboty na lodzie. Jeszcze raz dziękuję im za to, co zrobili dla klubu, dla mnie, ale i dla siebie. Tym chłopakom, którzy zdecydowali się odejść z Jastrzębia, życzę wszystkiego najlepszego w dalszej karierze. Zrobiliśmy razem coś naprawdę wielkiego.
Nie możemy nie wspomnieć o transferach. Do zespołu po raz trzeci trafi Martin Kasperlik, a zatem cała liga zapewne drży już o jego powrót do wysokiej ''jastrzębskiej'' dyspozycji. Mamy też Paavo Holsę i Joonasa Savoilainena, którzy mają zastąpić Karolusa Kaarlehto i Riku Sihvonena. Czy możemy liczyć, że również staną się odkryciami ekstraligi?
Nie urodził się jeszcze taki magik, który potrafiłby przewidzieć, czy dany zawodnik na pewno ''odpali'' w kolejnym sezonie. Każdy chłopak, który do nas dołącza, ma u mnie ''czystą kartę''. Teraz będzie musiał na lodzie potwierdzić swoją ''jakość''. Oczywiście nie jest tak, że obu hokeistów z Finlandii wybraliśmy w ciemno. Mamy własne kanały komunikacji do sprawdzania możliwości sportowych, ale też predyspozycji mentalnych. Bazowaliśmy na wielu danych, jednak prawdziwą weryfikacją będzie sezon ligowy. Natomiast o Martinie Kasperliku chyba wszystko już wiemy. Tak jak Maciej Urbanowicz stał się jastrzębianinem z wyboru, tak wśród obcokrajowców to właśnie ''Kaspi'' wydaje się jednym z kandydatów do miana klubowej ikony. Mam nadzieję na jego powrót do wysokiej dyspozycji i liczę, że bardzo nam pomoże ofensywie. Jestem przekonany, że możliwość występów w rodzinnej Karwinie będzie dla niego dodatkowym dopingiem.
Jeśli nie wydarzy się nic nieprzewidzianego, to zapewne w sierpniu spotkamy się po raz kolejny na wywiadzie przed sezonem. Myślę jednak, że już teraz możemy pokusić się o kilka słów zapowiedzi lub przewidywań odnośnie rozgrywek, który rozpoczną się na przełomie lata i jesieni. Dla pana będzie to na pewno trudniejszy sezon. Pojawią się konkretne oczekiwania, a i kibice będą liczyli na więcej...
Zdaję sobie sprawę, że sezon 2026/27 będzie trudniejszy. Nie wyznaczam jednak celów na dłuższym dystansie. Zakończone rozgrywki przekonały nas, że wydarzyć może się dosłownie wszystko, a zatem naszą rolą jako sztabu będzie przygotowanie drużyny na 100%, aby nie zmarnować nadarzających się okazji. Jeśli wykorzystamy swój potencjał, będziemy ciężko pracować zarówno podczas meczów, jak i na treningach, a ponadto wszyscy ''pociągniemy ten wózek'' w jednym kierunku, to mamy szansę na dobre wyniki. Będziemy chcieli stworzyć drużynę porównywalną do tej, która niedawno przyniosła nam tak wiele radości. Moim marzeniem byłaby rzecz jasna skuteczna walka o strefę medalową, ale muszę twardo stąpać po ziemi. W poprzednim sezonie dysponowaliśmy siódmym-ósmym budżetem w ekstralidze. Nie inaczej będzie teraz. Kibice powinni zdawać sobie z tego sprawę i również dostosowywać oczekiwania do realiów. Mam oczywiście nadzieję, że ciężką pracą i przy odpowiedniej dozie sportowego szczęścia uda nam się sprawić jakąś kolejną niespodziankę, ale będzie to bardzo trudne. Naszym zadaniem, czyli Marka, Leszka i moim, będzie zbudowanie drużyny-monolitu, w ramach którego każdy dążył będzie do wspólnego celu. Liczę, że dzięki temu chłopcy uwierzą, że wszystko jest możliwe, a ciężka praca przynosi owoce. Nikt jednak nie gwarantuje nam sukcesu, ale na pewno każdy marzyłby o tym, aby i w kolejnym sezonie JKH GKS Jastrzębie - choćby w najmniejszej skali - znalazł się w gronie jego zwycięzców.
Fot. Magdalena Kowolik.
UWAGA! Uprzejmie prosimy zaprzyjaźnione Media wykorzystujące niniejszy autoryzowany wywiad w swoich publikacjach prasowych o wyraźne wskazanie źródła rozmowy - oficjalnej strony JKH GKS Jastrzębie (jkh.pl).
Rozm. mg

Komentarze 0
Zostaw Komentarz